Nieźle nas powiało

Poranna toaleta, śniadanie z ogniska, czas na czytanie książki. Miejsce i pogoda sprzyjały siedzeniu. Tak w tym siedzeniu się zasiedzieliśmy, że gdy padła komenda – Wstajemy! była już 14. Pogrzebaliśmy tym samym szanse na przejechanie długiego odcinka. Rachityczny promyk nadziei ostatecznie zdeptał pierwszy autostop. Starym Volkswagenem przejechaliśmy tylko 50 kilometrów i utknęliśmy przy bramkach autostrady.1 Słońce przesuwało się nad nami, a w około wszystko stało w idealnym bezruchu. Ogarniało nas przeświadczenie, że jesteśmy częścią postapokaliptycznego filmu o parze, która utknęła gdzieś na autostradzie i bezskutecznie szuka istot żyjących na Ziemi. Nudziliśmy się. By zabić czas zaczęliśmy tańczyć, skakać. Pomagało, ale tylko na chwilę. Szukaliśmy lepszych narzędzi, a wiadomo jak koś się nudzi to już diabeł da mu robotę. Gdy tylko zaczęły chodzić nam po głowie głupoty, zjawił się pomarańczowo-zielony bus. Te kolory były wybawieniem z szarych i brudnych barw autostrady. Wystrzeliliśmy! No, może nie całkiem. Gdyż bus nie był już młody i jazda nim nie przypominała pocisku… Później złapaliśmy kolejny stop (znacznie szybszy), potem kolejny i kolejny. I tak dojechaliśmy aż do Dubrownika. Całe 480 kilometrów!
Byliśmy dumni i senni. Rozbiliśmy namiot na skarpie nad morzem. Miejsce jak w najdroższym hotelu. Szybko zasnęliśmy. Nie na długo. W nocy dopadł nas wiatr. Przypomniało mi się wtedy, dlaczego wszyscy odradzają rozbijanie namiotu nad otwartym morzem. Bryza! Wiatr uderzał ze wszystkich sił. Gwałtownie i mocno. Jego ciosy były niczym sierpowe Andrew Gołota (z czasów przedemerytalnych, gdy na ring wchodził pewnie i rześko).  Byliśmy głową boksera amatora. Przyjmowaliśmy wszystko jak leci. Nie było jak się chronić. Do ust przykleiło się pytanie – Czy namiot wytrzyma? Wytrzymał. Oczywiście nie obyło się bez zadrapań (precyzyjniej małego przedarcia). Jak na namiot z Allegro za 26,99 spisał się fantastycznie! Po powrocie powinienem napisać do producenta o całym tym precedensie. Myślę, że wydrukowałby tego maila, oprawił i tryumfalnie zawiesił na ścianie nad biurkiem.

Rano wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Medziugorie. No może nie od razu. Po drodze zjedliśmy kilogramy fig, smażyliśmy się jak mrówki na słońcu. Machaliśmy entuzjastycznie polską flagą. Narzekaliśmy na przejeżdżające puste samochody. Szliśmy. Dużo szliśmy. Właściwie to prześlijmy od państwa do państwa. Pięć kilometrów przez granicę chorwacko-bośniacką, a wszystko w bezlitosnym skwarze południa. Ale później wsiedliśmy do samochodu z klimatyzacją i wysiedliśmy już w Medziugorie. Zaszokowani o wszystkim zapomnieliśmy…


Przypisy:

 

  1. Wyruszaliśmy z Senj – patrz wcześniejszy wpis

Nie ma jeszcze kometarzy.

a Ty co napiszesz?