Nie biegaj po autostradzie!

Po świetnym początku, liczyliśmy, że przy powiewie szczęścia w nocy dotrzemy pod bośniacką granicę. Później kolejne 40 kilometrów i powiemy: Witaj Medziugorie!1

Kilka godzin później przekonaliśmy się, że fakty wyobraźni nijak mają się do rzeczywistości. Szło nawet dobrze. Nie licząc dwu lub trzy godzinnego postoju na dużej stacji benzynowej przed Zagrzebiem. Było to miejsce o jakiejś specyficznej aurze. Nie zatrzymywał się tam prawie żaden samochód (no poza tym, który nas tam podrzucił). Słońce świeciło na niebie, przesuwając się centymetr po centymetrze, a my na dole staliśmy i czekaliśmy wrastając w ziemię. Nagle podjechały trzy samochody. Jeden z nich miał rodzime rejestracje, korzystając więc z polskiej gościnności wprosiłem się na dalszą jazdę. (Wprosiłem jest tu słowem bardzo na miejscu). Nie wiem czy przez narzucanie, a może zachłanność, przejechaliśmy zjazd, na którym mieliśmy wysiąść. Za Karlovac droga się rozwidla – jedna z nitek biegnie do Rijeki, druga zaś do Zadaru. Nie jechaliśmy tam gdzie kierowca, dlatego na ostatniej stacji benzynowej przed rozwidleniem planowaliśmy wysiąść. Pech chciał, że stacja ta była po drugiej stronie autostrady. Dojechać do niej można było tylko estakadą. Polak przeprosił mówiąc, że nie zjedzie tak daleko... pojechaliśmy dalej. Gdy wysiedliśmy przed Rijeką było już ciemno. Przejechaliśmy połowę tego, co dnia poprzedniego.

Z trzech stron piętrzyły się góry. Czuliśmy się jak małe mrówki, stojące pod płotem. Zamówiliśmy kawę w knajpce przy stacji. Siedząc na ogródkach patrzeliśmy jak gęstnieje mrok. Z autostrady dobiegał narastający to znów słabnący łoskot, wzmacniany przez zbocza gór. Zasnęliśmy.


Najlepiej będzie przeskoczyć przez ścianę akustyczną i znaleźć inne miejsce do łapania stopa. Paulinie ten pomysł początkowo nie przypadł do gustu, wiedziała, że stracimy na tym kilka godzin. Miała rację, ale pytanie: czy ktoś zatrzyma się na autostradzie tuż obok tunelu, gdzie samochody gnają z prędkością co najmniej 130km/h?

Jak mawiał Lec: Bezmyślność zabija. Innych.  Jechaliśmy z Andrejem, serbskim kierowcą tira. Gdy zatrzymał się na autostradowej obwodnicy Rijeki, nie zdążyliśmy zaprotestować. Wysiedliśmy i z dziecięcą bezradnością, patrzeliśmy jak z tunelu, niczym z otchłani wystrzeliwują pędzące samochody. Czekaliśmy na moment, kiedy będziemy mogli przebiec przez autostradę. (Przejeżdżając zjazd wcześniejszego dnia, musieliśmy zawrócić). Czekaliśmy. Serce waliło nam jak kościelne dzwony. Teraz! – krzyknąłem. Kilkunastokilogramowy plecak stał się przedziwnie lekki, nogi niebywale sprawne. Biegliśmy jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Niczym Forrest Gump, któremu właśnie odpadły szyny z nóg. Byliśmy jak Usain Bolt, w dniu, gdy śrubował kolejny sprinterski rekord na olimpiadzie. Zamiast fleszy, świeciły refraktory samochodów, zamiast oklasków, gwizd pędzących aut. Udało się! Vivat! Dotarliśmy do małej zatoczki zbudowanej dla transformatora prądu.
I co dalej? Triumfalny nastrój uleciał z pierwszym świstem pędzącego tira. Brak pobocza, przytłaczające ściany akustyczne i piętrzące się góry. Samochody pędziły zza zakrętu. Hałas wzmagał dodatkowo tunel, który działał jak tuba. Utknęliśmy. Zrozumiałem, że jeśli ktoś się zatrzyma, to z pewnością będzie to policja. Moglibyśmy spowodować wypadek, gdybyśmy chcieli łapać tu stopa.
Postanowiłem. Przeskakujemy przez ekran akustyczny i próbujemy przedostać się na drogę wylotową w innym miejscu.

Pozostało nam jechać wybrzeżem. Ludzie tutaj z reguły przejeżdżali tylko kilka kilometrów. Zwolniliśmy tempa, podziwiając malowniczy pejzaż i turkusowo-lazurową wodę. Gdy dojechaliśmy do Senji, była godzina 17. Wiedzieliśmy, że za chwilę możemy z powrotem wjechać na autostradę. Postanowiliśmy poczekać z tym do następnego dnia. W naszych torbach wciąż leżały suszone warzywa, z których Paulina obiecała zrobić zupę. Miejsce było wyśmienite. Czas doskonały, a pora wymarzona na pożywne danie. Uzupełniliśmy wodę na stacji. Poszliśmy na łąkę, chrust jakby już na nas czekał. Zupa była pyszna. (Dla zastanawiających się, co zjeść pod namiotem, odsyłam tutaj.)

Siedzieliśmy przy ogniu aż do północy. Było ciepło, cicho. Gwiazdy błyszczały niesamowicie. Pierwszy raz od dawna poczułem, że można odpocząć od psikusów miejskiej dziczy. To był przedsmak tego, co spotkało nas w Balgaju. Siedzieliśmy i milcząc wpatrywaliśmy się w ognisko. Dym odganiał mgłę, która rozpostarła swój koc po całej okolicy. Gdy ognisko dogasło, poszliśmy spać, a mgła przykryła nas jak koc nałożony przez troskliwą matkę.


Przypisy:

  1. Wyruszyliśmy z Wrocławia w podróż autostopem do Medziugorie. Pierwszego dnia dotarliśmy do Graz – patrz wcześniejszy wpis.

Nie ma jeszcze kometarzy.

a Ty co napiszesz?