Blagaj – smaczek Bośni

Dojeżdżając do Blagaju, kierujemy się do restauracji na śniadanie. Zamawiamy Cevapcici,  które dla Bośniaków jest jak dla nas bigos. Zostawiamy plecaki. Idziemy zwiedzać. Po drodze mijamy kramiki – kupujemy syrop: szałwiowo-miętowy oraz różany, do tego rakije i dżem ze smokvy (figowy). Dlaczego o tym piszę? Każdy z tych wyrobów był domowej roboty. Każdy pierwszorzędnej jakości. Gdy będziecie na Bałkanach, kupcie je dla siebie i przyjaciół (szczególnie dżem figowy).

Klasztor derwiszów w Blagaju
XV-wieczny klasztor derwiszów to największa atrakcja Blagaju. Robi wrażenie. Został wybudowany u podnóża, malowniczej 200 metrowej skały. Obok klasztoru z jaskini wypływa źródło rzeki Buny. Niczym nie przypomina ono źródełek, do których przywykliśmy – ma największe nasilenie w Europie (43 tysięcy litrów na sekundę).
Wchodząc do klasztoru, zdejmujemy buty. Paulina zakrywa głowę chustą. Wnętrze jest proste. Stare, masywne meble oparte na białych ścianach, podłogi wyścielone dywanami, na stołach rozłożone księgi Koranu. Dookoła cisza i modlitewne skupienie. Klasztor w Blagaju bardzo różnił się od tych z Mostaru, nastawionych głównie na turystów.

Wnętrze klasztoru. Charakterystyczne białe ściany i ciemne belki świadczą o wpływach osmańskich.

Wnętrze klasztoru. Charakterystyczne białe ściany i ciemne belki świadczą o wpływach osmańskich.

Paulina w klasztorze.


Przedmieścia Balagaju

Rozbiliśmy się na łące, chwile przed zachodem słońca. Wszędzie było zielono od trawy, gdzieniegdzie rosły krzewy, dookoła piętrzyły się góry. Miejsce było pełne życia. Nieopodal pasły się krowy i owce, chodziło dużo żółwi. Po zmroku odwiedził nas młody lis. Wokoło grały świerszcze i cykady. Na niebie rozsypały się gwiazdy, których spokój co jakiś czas zakłócał lot meteoru. Był sierpień – miesiąc spadających meteorów.
Piliśmy rakije z syropem różanym. Upajaliśmy się wonią rosnących kwiatów, których zapach był kompozycją mięty i tymianku.
Było błogo.

Rano skąpani w rosie i porannym słońcu, zjedliśmy śniadanie. Chleb z dżemem figowym, popijany mlekiem jogurtowym – smakował wyśmienicie. Na deser figi, góra fig, mount everest fig, oraz arbuz taki …dziesięcio kilogramowy – przyczyna naszego przyszłego utrapienia.

Mój przyjaciel żółw.

Mój przyjaciel żółw.

Będąc z kimś w parze, spędzając z tą osobą dużo czasu, naturalnie przejmuje się pewne cechy. Czasem robi się to świadomie, a czasem nie. Od Pauliny nauczyłem się improwizacji kulinarnych, gry w karty, oraz nie marnowania jedzenia. To ostatnie okazało się zgubne.
Po smacznym śniadaniu przyszedł czas na obfity deser. Trzeba było zjeść wszystko. W poczuciu lekkiego zaskoczenia i z pełnym brzuchem zjedliśmy ostatni kawałek arbuza. Po czym poszliśmy łapać stopa. Zatrzymał się Norweg, który właśnie jechał do Dubrownika. Gdy wjechaliśmy na autostradę zachciało nam się sikać.
Arbuz to przecież prawie sama woda! – powiedziała Paulina, wcale tym nie pomagając. Nerki pracowały, pęcherze dochodziły do granic możliwości, a my przez kolejne dwie godziny siedzieliśmy z zaciśniętymi zębami. Wypatrywaliśmy stacji jak Odyseusz Itaki. Minuty zmieniały się w godziny, zęby zaczynały boleć nas od zgryzu. Pęcherze pęczniały jak kleszcze, czuliśmy każdą nierówność drogi. Hura! Zjazd. Nareszcie! Stacja1 – wybawicielka pęcherzy. Wybiegliśmy. Zniknęliśmy w toaletach na dłuższy czas. Potem wróciliśmy, zapewne znacznie lżejsi. Ciesząc się przy tym jak skazaniec wychodzący na przepustkę. Z nową energią ruszyliśmy dalej.


Przypisy:

  1. Przed i za Dubrownikiem nie ma stacji beznyzowych.

Nie ma jeszcze kometarzy.

a Ty co napiszesz?